Galeria Pod Chmurką / Open Air Gallery

czwartek, 26 grudnia 2013

Opowieść o dokarmianiu!

Szczerbata sześciolatka czeka pierwszej gwiazdki. Spakowała do reklamówki ulubioną kolorowankę i kilka kredek. Śnieg skrzypi pod  czerwonymi "Relaksami". Wandachowicze, Ropęgi, Borysy, Denuszki, Sobieryny, Madeje, Przybysze, jedne Kłodasie, drugie Kłodasie... małe paluszki zmarzły mijając dziewięć domostw.
W oknach domu dziadków iskrzą się staromodne światełka.
Szczerbata sześciolatka nigdy nie zapomni tej wigilii. Po powrocie do domu  przekona się, że plastikowy telefon ze słuchawką na sznurku, nie jest w stanie połączyć się ze świętym Mikołajem.


Szesnastolatka nie lubi świąt. Przeżywa je szybko i niechętnie. W domu są ludzie, z którymi nie chce dzielić się opłatkiem.

Dwudziestosześcioletnia dziewczyna spędza kolejne święta poza domem, bez choinki, reniferow i innych badziewnych sekwencji. Cieszy się, że idzie we wigilię do pracy. Zarobi trochę więcej kasy. Może kupi sobie buty.

Trzydziestoletnia kobieta patrzy na swego trzymiesięcznego synka i myśli o nadchodzących świętach. Pierwszych razem. Jest choinka.

Trzydziestosześcioletnia mama wie, że od niej zależy to, jakie wspomnienia będzie miał jej syn. Skromnie, bez migających natarczywie światełek. Na choince kilka pierników. Barszcz co wyjątkowo dobry wyszedł. Świąteczny długi spacer. Łyżwy. I gdyby miała telewizję, byłaby gotowa  obejrzeć Kevina, co sam w domu został. 

Wszyscy karmimy się wspomnieniami.




piątek, 22 listopada 2013


Opowieść o tym, co kryją drzewa...



























Przed każdym wejściem na klatkę schodową zielona ławka, za blokiem ogródki działkowe. W powietrzu zapach podkładów kolejowych, w nocy pisk hamującego pociągu. Nic dziwnego, że kiedy przyjechała mnie odwiedzić w Krakowie, nie mogła w nocy spać.

Olsza, ceglany, nijaki dom. Przed domem ogród, wtedy jeszcze zadbany, bo żyła Maria, z którą rozmawiałam tylko raz. Umarła niedługo po tym, jak się wprowadziłyśmy. Ogród zarósł. Ładnie zarósł.
Do domu prowadzi wydeptana ścieżka. Tuż przed drzwiami wielkie drzewo. Dobrze, że drzwi otwierają się do środka. Na progu pełno igliwia.
Rankiem ptaki śpiewają najgłośniej. Nic dziwnego, że ona nie mogła spać…

Mariusz.
Uśmiecham się na wspomnienie, kiedy zobaczyłam go pierwszy raz. Wielki, łysy, w koszuli z obciętymi rękawami, popijający drinka przez słomkę. Oceniam, że słomka jest starsza niż ja.
Tato Mariusza produkował abażury. Kiedy urodził się Mariusz, ze szczęścia posadził drzewo, a Mariusz pozyskał brata.
Latem Mariusz popijając swojego drinka lubi się o niego opierać mówiąc, że nigdy go nie zetnie. Po śmierci Marii, z dawnym światem łączy go już tylko drzewo i kartka, którą znalazł podczas remontu w mieszkaniu Marii.
Pokazał mi ją. Zwykła karta z zeszytu. Po kratkach wytyczony prostokąt określający granicę działki. Ręka człowieka, który zrobił wszystkie abażury pałętające się po domu, nakreśliła krzyż w miejscu, gdzie rośnie drzewo.

Piękna noc, prawie ranek. Ptaki śpiewają jak szalone. Wracam z knajpianej pracy. W ręku nagryziony serek pleśniowy.
Już przy furtce ściszone męskie głosy.
Pod drzewem wielki dół. Mariusz i jego kolega szukają skarbu.
Następnej nocy Mariusz i jego dwóch kolegów kopią dalej. Boję się, że drzewo się przewróci.
Południem wyglądam przez okno. Koledzy kopią, a Mariusz patrzy. Odpuścił ojcu… i drzewu.
Jak coś znajdą, wskazał drinkiem kolegów, to ich.

Pół roku temu spotkałam kolegę, któremu Mariusz wynajmował pokój na dole.
Wiem już.
Mariusz zapił się alkoholem niewiadomego pochodzenia.

Drzewo rośnie i kryje w sobie skarb…


poniedziałek, 21 października 2013

Opowieść o tym, że sąsiad to ważna sprawa.

Na wsi sąsiad jest jak rodzina. Na wesela się zaprasza, potem na chrzty kolejne. Nie pójść na pogrzeb sąsiada to grzech i na sponiewieranie ludzkie narazić się można.

Ten z prawej, to mnie kiedyś w amoku pijackim pomylił z własną córką. Wrzasnął do ucha: Agniecha do domu!!! Ptaki spłoszone krzykiem brata usiadły zaraz na drzewach, bo ja krzyczeć nie mogłam!
Koc, co płaszcz rycerski udawał, opadł na mech. 
Nadgarstek uwolniony przez mamę jednym policzkiem celnie wymierzonym. 
Wrócona pamięć wygnała na chwilę obłęd z oczu. 
Głos w gardle uwięziony wydostał się teraz i raz jeszcze ptaki spłoszył.

Ten z lewej pomagał dziadkom przy sianokosach. Tak po sąsiedzku, za wódki kieliszek.
Wtoczył raz jeden wóz z sianem do stodoły dziadkowej tak, że głową o gwóźdź wystający z belki zawadził. W sianie skoszonym maki wyrosły, a już więcej na nie nie wlazłam. Bliznę na głowie oglądać musiałam za każdym razem, kiedy nas odwiedzał. 

Ten trzeci, z przeciwka, miał dziwne perfumy i psa, który ujadał zajadle do nocy późnej. Kiedy drewniany płot z desek zastąpiła fikuśna brama  okazało się, że pies jest mniejszy niż szpary w nowym ogrodzeniu. Pies zyskał wolność, a ja bałam się wracać bez kija do domu.

Wymiary: 15x15
Oprawa: 20x20
Cena 100 PLN






piątek, 18 października 2013


Opowieść o tym, że nie cegła dom tworzy, a ludzie...

Dom w którym się wychowałam jest mały. Nie miałam w nim swojego miejsca, nie licząc chwil, kiedy mama nakrywała kocem stół i pozwalała mi pod nim mieszkać do wieczora.
Latarka dyndała na szyi.

Cały mój wewnętrzny świat utkał dom, którego nie lubię.
Noszę go jedynie w głowie, nie w sercu.

Zimny, mały dom!





Kiedy dostałam drewniane klocki - domki, zastanawiałam się jak je pomalować.

Postawiłam na prostotę:
biel
czerń
błękit






























Domki wycięte z drewna znalezionego nad Bałtykiem, musiały pozyskać odrobinę słońca...










i proste symbole.












Domy narysowane przez mojego sześciolatka, wypełnione po mojemu, stały się nową ilustracją.











Za nami przeprowadzka. Cieszymy się. To my dom tworzymy gdziekolwiek będziemy... byle razem!
































Mieszkamy ładnie i wrastamy w miejsce;)

































Codzienna droga do szkoły i pracy...


Niech się wali cały świat...

Lubię wracać do domu...





poniedziałek, 23 września 2013

Opowieść o tym, że malować każdy może, tylko, żeby to malowanie było autentyczne!

Pewnej ciepłej, wrześniowej soboty, 29 osób miało namalować obraz.

Na obraz złożyć się miały elementy typowe dla współczesnego miasta: 

kamienica, rower, człowiek z bagietką, komin fabryczny, gołąb, pies, psia kupa, most, znak: nakaz skrętu w lewo, droga na Ostrołękę, pojemnik na szkło, kwaśny deszcz, autobus, fontanna, ławka, drzewo, latarnia...

Środek wyrazu: czarna farba, pędzle różnej grubości

Utrudnienia: 
Pozyskanie tematu drogą losowania!
Praca po omacku!









Najpierw strach, potem radość;)




















Praca zespołowa i bezinteresowna pomoc kolegi: bezcenne zjawisko;)



















 Chmurkowa pomoc w pakiecie;)
Progressssssss;)














No i mamy kompozycję otwartą, ekspresyjną, wymagającą lekkiego retuszu opisowego i odrobiny koloru;)













Typografia na płótnach jest modna!















Dwie starsze panie zza granicy, myślały  że to praca dzieci. W chwili mej nieuwagi, postanowiły wzbogacić kompozycję;)

Jest więc silna potrzeba uzewnętrzniania się.
I może tak ustawić  w chmurkowych progach płótno o białej przestrzeni 
jeden metr na metr czterdzieści;)






Współczesne miasto wygląda tak!















Dzieło opisane należycie, pojechało do właścicieli, żeby wspomnieli czasem ciepłą wrześniową sobotę!











A na koniec kilka słów od siebie....

Artystów, którzy posługują się tymi samymi środkami wyrazu jest wielu. Nie wymyśliłam tuszu, cienkopisów, kredek. Nie wymyśliłam ptaków, ludzi, domków, jeża i słonia!  Najważniejsze, żeby efekt końcowy był autentyczny i wypływał z mózgu!

Dla mnie stało się jasnym, że trzeba być zawsze o krok do przodu!
Uściski;)


środa, 11 września 2013

Opowieść o tym co lepiej, a co gorzej...

Mój pradziadek ogłuchł na starość diametralnie. 
Miał dwie córki. Moją babcię i jej siostrę. Obie głuche jak pień. Moja babcia ma czworo dzieci. Padło na moją mamę. Mama głuchnie na jedno ucho szybciej, na drugie wolniej.
Czas na mnie...

Żeby sprawdzić czy proces już się zaczął, zmusiłam doktora Trąbkę, żeby przetestował moje uszy. 
Patrząc na Kopiec Kościuszki przeżyłam pierwsze badanie słuchu.
Słuch idealny, uszy czyste!
I pomyślałam, że z dwojga złego... wolę niedosłyszeć, niż niedowidzieć;)


Wymiary: 15x15
Oprawa: 20x20
Cena: 100 PLN

wtorek, 10 września 2013

Opowieść o tym, jak zatrzymać lato i jeszcze o tym, że JESTEM!


Wiadomo! Wbić parawan na plaży nie jest łatwo. Porywisty wiatr i zbity piasek niweczą próby dwóch zakonnic, co przyjechały z dorastającą młodzieżą pooddychać jodem. Młodzież, być może pierwszy raz nad morzem, pobiegła dotykać fal. Zakonnice za nic nie mogą poradzić sobie z parawanem. 

A ja siedzę na desce, którą wyrzuciło morze. Służy mi za młotek i nie rozstaję się z nią przez cały turnus.
Postanawiam pomóc. Tłumaczę zakonnicom ideę parawanu. Na nic. Wbijam paliki jak chcą. Teraz w parawan łapią wiatr.

Od tej pory deseczkę nazywamy: "deseczką INRI".
Od tej pory wiem, że nie oddałabym zakonnicom swego potomka, bo te kobitki nic a nic o życiu nie wiedzą!

Deseczkę zabieramy do Krakowa. Od czasu do czasu służy mi jako tło do robienia zdjęć, bo słońce i woda morska, to najlepszy malarz dla drzewa.
Po roku zanoszę deseczkę INRI do stolarza. Stolarz po narysowanych śladach wycina domki.
Teraz mam takie dwa. Wiszą w kanciapie w kąciku roboczym. Wspominam tamto lato...

Tego roku Bałtyk był spokojny.

Trudno o deseczkę. Znalazłam za to drąg. Popękany, z zardzewiałym gwoździem. Ideał!
Stolarz po narysowanych śladach wyciął domki. Mam takie. Pachną morzem... przynajmniej dla mnie! Zatrzymałam lato...







Nazbierałam roślin i starym zwyczajem włożyłam między strony książki... 

"Traktat o łuskaniu fasoli" suszy rośliny jak należy!

nostalgicznie... ze starą gazetą...

Tasznik. 

Uwielbiam wizualnie! 

Dziadek nienawidził.
















Tego lata postanowiłam, że tasznik  trzeba utrwalić na filiżankach...
















Tego lata cieszyłam się jak głupia swoją kanciapą. Jak głupia... bo ja nie wiem, czy uda mi się przetrwać zimę....


















Zasiałam trawę, by zasłonić donicami odrapany parapet. Trawa urosła szybko. Macałam ją paluchami co rano i upalnymi popołudniami, kiedy jej  chłód był najprzyjemniejszy.

Przycinałam cztery razy. Potem nadeszły jeszcze większe upały i nie podlana przez dwa dni uschła...








W związku z tym, że doczekałam się printów, zrobiłam w kanciapie pierwszy remont;) Tak to latem bywa...



















Ostatnie promienie letniego słońca łapię w cudny łapacz snów od MOIMILI...















"Jak zatrzymać lato..." to tytuł tej ilustracji. 

Niech każdy zatrzymuje po swojemu...











































piątek, 26 lipca 2013

Opowieść o progu lata.

Dwoje dzieci u progu lata staje.

Wielka cynowa balia wyciągnięta na środek podwórka. Wąż ogrodowy napełnia ją lodowatą wodą. W wodzie pławią się butelki. Etykiety kończą żywot, a oczyszczone butelki schną w trawie. Słońce odbija się w ich równo ułożonych, posegregowanych, brązowych brzuchach.

Zaraz napełnię balię czystą wodą i po południu będę się w niej pławić. 

W połowie dnia jestem znudzona. Etykiety na niektórych butelkach trzymają się zbyt długo. Zbyt długo butelki leżą w wodzie. Jestem zła. Rzucam tę robotę! 

WODA NIE ZDĄŻY SIĘ NAGRZAĆ!!!

Po południu S cierpliwie pakuje osuszone butelki do torby i robi trzecią rundę do skupu. Ja przyglądam się temu z daleka. Odbijam  gumową piłkę o ścianę.
Już wiem, że to on będzie miał pieniądze na lody i kapiszony.

Wymiary: 15x15
Oprawa: 20x20
Cena: 100 PLN