Galeria Pod Chmurką / Open Air Gallery

wtorek, 29 stycznia 2013

Opowieść i zimie!

Ileż to poranków zimowych trzeba było mi znieść. Piec wieczorem do czerwoności rozgrzany, rankiem wystudzony. Ubieranie źle wypłukanych rajtuz, pod ciężką od pierza pierzyną.  Przemarsz do babci. Rękawice ręcznie dziergane, ciężkie od mokrego śniegu suszone, przy prababcinym piecu. Czekanie. Łuskanie pestek dyni.

Nie mieliśmy samochodu. Nawet do kościoła.W mroźne niedzielne poranki czekała nas jazda na rowerze. Trzy kilometry w jedną stronę. Zmarznięte dłonie. 

Zmarznięty, drewniany kościółek z VIII wieku. Zmarznięte palce u stóp. Powrót.

Szkoła. Tuż obok kościoła. Trzy kilometry to zbyt mało, żeby dojeżdżać szkolnym autobusem. Zawiane pola. Powroty po zmroku. Tuż za Urzędem Gminy rozpoczynała się droga bez oświetlenia. Nasza ulica odśnieżana od strony sołtysa.


Szkoła średnia. Wielka teczka. Porywy wiatru. Czekanie na spóźniony pociąg. W poczekalni śpiący bezdomny. 

Smród wyciągał nas na zewnątrz.
Lepienie bałwana! Kulig, na którym posikałam się z zimna. Granie w hokeja na zamarzniętych łąkach. "Świnka" w ferie.
A potem... potem mycie okien wodą z octem i zapach wiosny...


Wymiary: 15x15
Oprawa: 20x20


Moja inspiracja. Zdjęcie rumuńskiego fotografa. Mała wioska, małe niebieskie domki.
Więcej jego prac tu:  sorinonisor






wtorek, 22 stycznia 2013

Opowieść o dziadkach moich...

Dom ustawiony przy drodze, otaczano płotem. W płocie brama wjazdowa, zwykle cofnięta względem ulicy tak, by uczynił się wjazd dogodny dla wozu, co pełnym latem, sianem po brzegi wyładowany. Często sąsiedzi swoje bramy sytuowali obok siebie, dzięki czemu wjazd stawał się wygodniejszy i nawet kiedy konie dęba stawały w niepokoju, to i tak dawały radę.
W "przejeździe" tuż pod płotem ustawiano ławeczki. Takie małe, dwa obce pośladki mieszczące. Latem bujną zielenią zarosłe, czarne od deszczu i słońca, z siedziskiem od koślawości nóg pochyłym.

Zwykle wysiadywali na nich dziadkowie starzy, nic już do roboty nie mający w zagrodzie. Dziadki bezzębne, w pożółkłych od słońca, nigdy nie pranych kaszkietach. W parach, po sąsiedzku, pośladkami złączeni na  koślawości pochyłej, co jak i oni, do ziemi ma z każdym rokiem bliżej. Oddający się nieustannej obserwacji. W oparach dymu papierosów skręconych tak, że pół machorki na kolanach, osiągali taki poziom medytacji, o jakim my śnić już tylko możemy.

Siadam na ławce. Chłód wieczorny nadciąga. Od sadu malinówką pachnie. Wdycham powietrze nasiąknięte piskiem dzieciaków. Dziadek z młyna jeszcze nie wrócił. Pradziadek Jan siada obok. W rękach wiązka rumianku. Nim spać się położy, zgrabiałymi od starości paluchami oddzieli kwiaty od łodyg i dosypie do suszącej się na strychu sterty złotych serduszek...

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Opowieść kółkach, kropkach, łuskach i kreskach!

Leniwa wczorajsza niedziela. Grypy, anginy, kaszle i katary uziemiły nas na dłuższą chwilę w domowych ścianach. Marzę o polach, łąkach, wietrze i lesie!
Pomysł na TO pole wziął się z pewnego zdjęcia, na którym ktoś pięknie i równo poukładał drewno, słojami do widza.

Chcę do lasu!
W związku z pytaniami!
Prace wykonuję technikami przeróżnymi. Ołówek, kredka, tusz, akryl. Często mieszam techniki. Stosuję kolaż.
Prace mają ten sam kwadratowy format, co jest moją cechą charakterystyczną. Po oprawieniu zyskują wymiar 20 x 20.
Zawsze oprawione w białe lub czarne passepartout i szkło. 
Cena zawsze ta sama: 80 PLN












wtorek, 15 stycznia 2013

Opowieść o czarnowidztwie!

Zeszły tydzień był biegiem przez płotki prawie. Poniedziałek pakowanie i ogarnianie mamy mojej własnej i osobistej. Po trudnej operacji spędziła pod naszym dachem, bite cztery miesiące. Dla mnie były to miesiące gotowania i wszelkich domowych robót wokół! We wtorek odwieźliśmy mamę na wieś podłódzką. Na wsi rewolucja. Jest "Biedronka"! I tuż za płotem przetwórnię - Bóg wie czego  -chcą postawić. Wszystko w rękach  ludu okolicznego! Oby na parę groszy się lud nie połasił... Oczyska wznoszę.. ale czarno to widzę!!!

Wymiary: 13x13
Oprawa: 20x20


Opowieść o żółtej głowie!

Kiedy byłam mała, chciałam być bibliotekarką. Marzyłam o posiadaniu kartoników z rubryczkami i małych szufladek opatrzonych alfabetem. To było marzenie o przyszłości. 
Dziś cieszę się z tego kim jestem. Martwi mnie tylko, czemu tak wielu ludzi udaje kogoś innego niż jest. Dom wariatów!








Wymiary: 15x15
Oprawa: 20x20

piątek, 11 stycznia 2013

Renata Dąbrowska to też ja!

2,5 roku temu przyjechała do mnie Renata Dąbrowska. Przegadałyśmy pół nocy. Rano Renata zrobiła mi zdjęcie.
Ja też mam na imię Renata. Wyszłam za mąż i z moim panieńskim nazwiskiem (Dąbrowska) łączy mnie już tylko hymn.
Renata znalazła około 300 takich jak ja. Dotarła i sfotografowała 100. Fotografie mają reporterski charakter, bo Renata jest fotoreporterem.
Przedstawiają nas  Renaty, w naszym"środowisku naturalnym", bez sztucznych dekoracji i scenicznych makijaży.
Oto piękny album. W nim również i ja. Wtedy byłam głównie mamą. Poszłyśmy więc na pobliski plac zabaw...

Wczoraj Renatę Dąbrowską, mnie Renatę i jeszcze jedną Renatę , przyozdobiono scenicznym makijażem  i pokazano w Dzień Dobry TVN.  Zabrakło czasu, żeby powiedzieć to, co najważniejsze!
Z kart albumu wyłonił się obraz przeciętnej Polki.

Smutny to obraz.




Z pożółkłą od nadmiaru emocji głową, wróciłam do domu. Moja odporność na stres jest w zaniku. Uspokoiła mnie Irena Kwiatkowska, recytująca "Ptasie radio"
P.s. ale mi włosy urosły;)


blog Renaty:

więcej Renat i info o albumie:


Renacie dziękuję za fantastyczną przygodę!

Renia Loj;)

sobota, 5 stycznia 2013

Opowieść o dniu.

Dzisiaj był taki dzień: wstałam, pomyślałam, że chciałbym napić się herbaty z termosu. Taka herbata smakuje inaczej. Napełniłam więc termos wrzątkiem. Herbata krótko parzona. Dwie łyżeczki cukru, choć nie słodzę, odkąd nabawiłam się zatrucia pokarmowego, po zjedzeniu jeżyn, które przy drodze w małym lasku rosły. A tą drogą jeździłam nad rzekę Grabię. Kąpać się. Ręcznik przypinałam do bagażnika. I jadła ze mną 


te jeżyny  koleżanka, od której pożyczałam książkę o demonach ludowych. Jej nic nie było, a ja podrażniłam wyrostek i przeszłam na dietę bez cukru. Wtedy umarła moja prababka z podłódzkiej wsi. Stypa. Politurowana szafa odbijająca światło pełnego lata. Zgięta w pół jadłam kiszone ogórki. Smakowały tak, że pamiętam do dziś...
Ponury to dzień. Kupiłam kawę w Kolorach. Poprosiłam o podwójne ciasteczko. Częstuję nimi moich ulubionych handlarzy starociami.

Wszyscy łasi na ciasteczka. Wszyscy mają cukrzycę.
Żółtą głową na chwilę ożywiłam dzień. Uwolniłam Zająca! Potem spadł śnieg z deszczem, a potem... a potem pod Chmurkę przyszła pewna Francuzka  Zapytała czy to historia o koniu trojańskim. Ja jej, że tak, że syn narysował fabrykę, a ja potem konia. Konia z drzwiami. Potem opowiedziałam mu tę ciekawą historię i konia rycerzami wypełniłam... a ona, że ta ilustracja jest dla niej. Tylko dla niej... bo ona ma na imię: 
H E L E N A;)

środa, 2 stycznia 2013

Opowieść o dobrze zakończonym roku!

Dziś mam tak!
Dobrze zrobiłam udając się na świąteczny spacer do Doliny Pięciu Stawów. Nakarmiłam oczy widokami, napasłam płuca powietrzem świeżym. 

Po drodze do Łysej Polany widziałam góralki, co w tradycyjnych chustach do kościoła pędziły. Ładny to widok. I przywołałam w pamięci swą prababcię z podłódzkiej wsi,  ubraną w biały kaftan, cekinową kamizelkę i pasiastą zapaskę, jak pędzi na


śpiewy majowe odprawiane przy przydrożnej kapliczce. Furkoczą wstążki na wietrze, a siwy kok ani drgnie! 

I czas może, żeby własne tradycje ustalić. I może niech nią będzie świąteczne łażenie po górach... dla zdrowotności ciała i ducha!

Góralsko płanetnica pociąga za sznury. Kochani! Oby w nowym roku opadów było tyle ile potrzeba! Oby strawy, zarówno tej dla ciała, jak i tej dla ducha, nie zabrakło!!!